depresant

Zabili Aladyna

Nadanie ludzkiej twarzy jazzowi z reguły kończy się na smętnym jazzującym popie, lub wręcz przeciwnie, czymś, co tak bardzo lubimy, czyli romansie z elektroniką, a jeszcze lepiej z hiphopem. Aladdin Killers to taki twór, który zdecydowanie lepiej czuje się w drugiej kategorii. Na początku powinno się pojawić kilka informacji o tym kto to, co robili wcześniej, jak to się stało, że postanowili nagrać płytę. Z tego co widzę połowa każdej opublikowanej w sieci recenzji to właśnie te informacje, zatem jeśli ktoś zainteresowany to proszę sobie poszperać, ja skupię się jedynie na własnych odczuciach. Album to trzynaście dobrze zagranych numerów, mnóstwo tam ciekawych rozwiązań i nawiązań. Panowie doskonale odnajdują się w Ninjatunowych klimatach, Skalpel, to porównanie trochę na wyrost, ale żeby gdzieś ich umiejscowić przydatne. Bardziej chodzi o kierunek, o target w jaki próbują uderzać. No i pewnie powiedziałbym, że to fajna płyta i zapomniał o niej, gdyby nie to że to co napisałem oddaje raptem powierzchowne odczucia. Jeśli wsłuchać się bardziej, zobaczymy, że panowie nie potrafią oddać się w pełni trendom i modnym kierunkom. Na szczęście ponosi ich z każdym numerem bardziej, cieszę się, że mimo zmiany formuły nadal blisko temu do 100nki. Płyta stała się przez to wielowymiarowa, kolejne jej wysłuchanie nie wprawia w senność, budzi za to ciekawość i zaskoczenie, dostrzegamy to czego poprzednim razem nie słyszeliśmy. Cały album, być może nie jest idealnie wyważony, ale obrany kierunek jest zdecydowanie właściwy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close