depresant

radiohead – a moon shaped pool (xl recordings; 2016)

Jak byłem młodszy, takie niusy bardziej elektryzowały. Choć jak patrzę na fajsbuki znajomych, to stwierdzam, że spora część z nich zachowała młodość, bo emocji było sporo. Jestem po kilkukrotnym odsłuchu ostatniego albumu Radiohead, no i właściwie nie wiem czy jest się czym podniecać.

Chyba powinniśmy się pogodzić z tym, że RH nie nagra już nigdy kid a/amnesiac, ani nie zrobi rewolucji na miarę ok computer. Ale człowiek nie będzie też młodszy, żeby zachwycić się tak samo. A w przypadku RH niestety bez względu jakiej jakości będzie album, do głosu zawsze dojdą czynniki niemierzalne, czyli wspomnienia, emocje. Kiedyś słuchało się Pearl Jam, choć dzisiaj, to już nie to samo, a Alive nie rusza jak kiedyś. Zachwyty nad Placebo też nie są już dzisiaj na miejscu, bo i zespól w innym miejscu się znajduje. I jakby się nad tym zastanowić, to jednak RH wychodzi z tego starcia obronną ręką. Nie odczuwam tu co prawda tych samych emocji co piętnaście lat temu, ale po wysłuchaniu albumu nie zapominam o nim po 5 minutach. Jedenaście utworów, z których dwa poznaliśmy na kilka dni przed premierą albumu, tworzy spójną całość, mimo iż poszczególne kompozycje, jednak nie lokują się w tej samej stylistyce. Krążek nie ogrywa się też zbyt szybko. Nie pamiętasz absolutnie każdego dźwięku po trzech przesłuchaniach, a w przypadku RH to bardzo cenne, bo odkrywanie smaczków przy każdym kolejnych odsłuchu to akurat ta jedna rzecz, która się nie zmieniła od lat.

No cóż, chyba jednak troszkę się jaram. No i cieszę się, że choć całość nie brzmi tak świeżo i odkrywczo, jak kilkanaście lat temu, to jednak po kolejnym przesłuchaniu budzą się jakieś wspomnienia i przy odrobinie wysiłku, można spróbować zapomnieć, że wysłuchało się miliarda płyt, i ten właśnie album ukierunkuje moje muzyczne poszukiwania, na nowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close