depresant

off festival 2016 – relacja

Jedenasty off, a dla mnie chyba dziewiąty. Nie pamiętam, a w moim wieku łatwo sobie coś wmówić. Patrząc na lineupy z poprzednich lat, wydaje mi się, że nie byłem na 100% na pierwszym, a na czwartym stałem pod płotem, słuchając The National. Siłą dedukcji, oraz nienaganną znajomością tabliczki mnożenia się wykazując, wmawiam sobie, że jednak dziewiąty.

W tym roku cierpimy na syndrom „jak przeskoczyć jubileuszową edycję”. Zrobimy to bardziej, przyciągniemy młodych, zróbmy z offa… no właśnie nie wiadomo co. Z jednej strony pięknie na eksperymentalnej, jak co roku zresztą, a z drugiej elektronika na każdym kroku. Z jednej strony frekwencja i uśmiechnięte gęby wkoło, z drugiej niesamowite fatum i co rusz nowe informacje o tym, że kolejny artysta odwołuje swój występ. Dzięki temu, największe gwiazdy wieczoru, jak GZA, The Kills, czy mający wystąpić za GZA, Willey z rożnych powodów odmówili występu. A uśmiechy znikały z każda godziną. Czarę goryczy przelała informacj niedzielna, o odwołaniu koncertu przez Anohni. Ale może jednak po kolei.

Dzień pierwszy, standardowo rozpędowy i niestety trochę ominąłem. „Musisz zobaczyć” wieczoru to wiadomo Napalm Death. Oj, mocno się zmęczyłem patrząc na to widowisko. Nie jestem nadal gotowy na przyjęcie bez cienia zażenowania tego, co oferują koncertowo starsi panowie. Przerwy pomiędzy kawałkami były dłuższe niż same kawałki. I choć wiadomo, że przesadzam, to jednak pozostanę słuchaczem, aniżeli fanem grupy. Potem się rozpadało i wszystko miał trafić szlag. Ale na leśnej w pełnym deszczu nadkomplet się zebrał i radośnie kiwał przez pełną godzinę przy czymś, co miałem po prostu zignorować – zatem w kategorii zaskoczenie wieczoru wygrywają Weatherall B2B Flugel. Potem Devendra. Jej, jak ja czekałem, tak bardzo chciałem zobaczyć go na żywo. No i poszedłem na Yung Lean. Ale nie żałuję. Tańcami w deszczu wprowadzilem się w nastrój, który nie pozwolił na dobre przyjęcie pana z piękną brodą. Chyba tyle pierwszego dnia. 

Drugiego było zdecydowanie lepiej. Nie czekałem na The Kills, ani na Willeya, więc kolejne odwołania nie zdenerwowały mnie na tyle, żebym nie mógł dobrze bawić się przez resztę wieczoru. Sobota była przednia, głównie za sprawą ATA KAK, Orlando Juliusa, no i Islam Chipsy. To tyle, bo Lush, choć uwielbiam i jest to element mojej muzycznej historii, wpędził mnie w ten sam dyskomfort co Napalm. ATA KAK zaserwował tak doskonałe widowisko, że – a nie pamietam kiedy jeszcze – cały namiot drżał i nie trzeba było się nawet ruszać, deski w namiocie robiły to za nas w taki sposób, że nawet ktoś bez poczucia rytmu i tak wyglądał jak Maserak. Potem miałem iść na Gus Gus, ale Orlando Julius był bardziej przekonujący, poza tym ostatnie fascynacje afrobeatem znalazły ujście w tym występie. A wieczór wygrywa disko w wykonaniu dwóch perkusistów i pana z klawiszem, który więcej się wyginał niż grał. Robił to na tyle dobrze, że jako bonus wystąpili po raz drugi, ale tym razem na głównej w zamian za Willeya. Aha, warte odnotowania były jeszcze dwa występy. Po pierwsze koreański akustyczny black metal w wykonaniu Jambinai. Niektórzy mówią, że post rock, że apokalipsa, że Gy!Be. Pewnie mają rację, ale był w tym jeszcze mały koreański szatan. Aha, na koniec Mgła. No piękne to było, dobrze, że pojawiają się na tym festiwalu takie zespoły. Do pełni szczęścia brakowało mi jedynie Batushki, zespołu, wokół którego był ostatnio głośno i który nagrał równie dobra płytę jak Mgła. 

Trzeci dzień, niestety okazał się najsłabszy. Kero Kero Bonito okazało się bardziej disko, a mniej j-pop, co po jakiejś chwili weryfikowałem już z ogródka. Beach Slang, no cóż, nie wiem czym miało zaskoczyć. Nawet nie zirytowało. Było zwyczajnie nijakie, odwracasz się i wychodzisz, a głowy nie zaprzątają żadne wspomnienia na temat tej muzyki. Wyraźnie lepiej spisał się 67,5 minuty projekt, czyli Zabrodzki, Moretti i automat perkusyjny marki Jan Młynarski. Serio, jeśli będziecie mieli okazję kiedyś, gdzieś, posłuchać tego człowieka za garami to zobaczycie, kto wymyślił drum’n’base nie wiedząc, że da się to zagrać łatwiej. Kolejny wykonawca, który po latach przeżywa swoją drugą młodość, niestety zagrał nie w tym miejscu i nie o tej godzinie. Księżyc jednak chciałbym zobaczyć jeszcze raz ale w bardziej kameralnych warunkach, bądź co bądź, trochę ostatnio namieszali. Pantha du Prince uraczył świetnym setem, który co prawda kieruje go w bardziej przystępne rejony muzyczne, ale bez przesady. Bardzo ładny set. Potem kolejny w wykonaniu Daniela Averego, którego średnio znam, a który zabrzmiał naprawdę dobrze. No i na koniec – bo po odwołaniu Anohni nie miałem ochoty już marznąć i czekać na resztę – Kiasmos. Olafur Arnalds, którego dane mi było już kilka razy oglądać, oraz Janus Rasmussen, którego widzę po raz pierwszy, dali niesamowity koncert. Utwory odrobinę dynamiczniejsze i bardziej taneczne niż na płytach, a co ważniejsze brudniejsze, bardziej noisowe. I to tyle. Koniec. 

Ta edycja już od samego początku nie przyciągała nazwiskami, a te największe i tak należały do średniego formatu w niezalu. Pasmo odwołań, niefortunny zestaw wystepujących w kawiarni literackiej. To nie był dobry rok. To nie była dobra edycja. Nawet pogoda była gorsza. A szkoda bo był to pierwszy fest w którym uczestniczył mój półtoraroczny syn. Chyba dobrze, że nie będzie tego pamiętał. W przyszłym roku musi być lepiej. Lepiej, żeby było lepiej, bo będę już z dwoma synami, a to już do czegoś zobowiązuje szanowni organizatorzy.

Ps. 

Hasło festiwalu, zasłyszane od uczestnika, a które mnie rozbawiło: „dobra, chodźmy na ten koncert póki go jeszcze nie odwołali” – komentarz zbędny. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close