depresant

kolekcjonerstwo źle pojmowane

Ponad dekadę temu, aby ratować sytuację komiksu, albo żeby zarobić, wydawcy komiksowi (wtedy głównie Egmont) zaproponowali komiksy w astronomicznych cenach. Mamiono nas wtedy, że są to limitowane edycje, limitowane do 1000 sztuk. Dlatego cena taka wysoka. Paradoksem jest to, że z pewnymi wyjątkami nakłady 1000 sztuk sprzedawały się kilka lat, a niektóre wydane na początku wieku są do kupienia do dzisiaj. Reszta wydawców poszła za ciosem i również ceny podniosła. Dzisiaj cena 100 zł za integral nie robi aż tak dużego wrażenia, bo to w sumie około 20-30 zł za album. Biorąc też pod uwagę, jakie są ceny książek (nie mówię o sklepach typu tania książka, czy koszyk w markecie), kwota nadal wydaje się być adekwatna. Problem pojawia się oczywiście wtedy, gdy chce się być ze wszystkim na bieżąco, wtedy miesięczne wydatki na komiks z bólem zamykają się w kwocie 500 zł. Ale nie to jest w całej tej zabawie najgorsze. Komiksów wydaje się u nas ostatnio nad wyraz dużo. Kilka, kilkanaście premier poważnych pozycji miesięcznie, jak na kraj, w którym jest to nadal niszowe medium to naprawdę imponująca ilość. Mimo tego, wydawcy w obawie, że bańka mydlana niebawem pryśnie, nadal poprzestają na minimalnych nakładach. Dochodzi wtedy do czegoś co z jednej strony rozumiem, a z drugiej mnie wkurwia. Po wyprzedaniu nakładu, co bardziej przedsiębiorczy, zalewają allegro egzemplarzami z przebitką kilkuset procent. To też jestem w stanie zrozumieć. Nie potrafię natomiast zrozumieć oburzenia, kiedy dany tytuł jest wznawiany. Po czternastu latach w końcu wyjdą „Umowa z Bogiem”, „Yans” i kilka innych. Na forach wywołało to u posiadaczy pierwszego wydania ogromne oburzenie. Nasuwa mi się jedno pytanie. Czy osoby, które wtedy kupiły ten komiks, uważają, że mają monopol na posiadanie i przeczytanie go? Wytworzył się dziwny trend w kolekcjonerstwie. Nie ważne jest to co zawsze było ważne, że to pierwsze wydanie, z konkretnego roku, z konkretnymi błędami, z konkretną okładką. Liczy się fakt posiadania czegoś na wyłączność. Jeśli tak na to patrzymy, wnoszę o nie wydawanie w Polsce niczego innego jak tylko polskich autorów. Tylko raz, a potem nigdy więcej. Zagraniczni autorzy tym samym nie mogą być wydawani, bo to już kolejne wydanie. W ogóle ustalmy, że każde dobro intelektualne ukaże się raz, najlepiej w ograniczonym nakładzie. Brak wznowień na pewno zaspokoi ego wielu, a jak wiemy ego ważna rzecz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close