depresant

foo fighters – sonic highways

sonic-highways-foo-fighters

Nie lubię wesołych piosenek. Podobnie jak i wesołych grajków nie lubię. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałem sobie, że chłopcy są średnio rozgarnięci i tak naprawdę, zaliczają się do grona amerykańskich śmiechujków, których za nic nie mam ochoty słuchać. Po drugie uznałem, że wypłynęli na spektakularnym końcu Nirvany, a takich akcji nie lubię jeszcze bardziej. Żeby nie było, po wysłuchaniu ostatniego albumu, o którym tutaj piszę, nadal nie miałem o Foo Fighters nic do powiedzenia.

Należy jednak docenić pewien progres, ponieważ odpuściłem sobie wszystkie dotychczasowe uprzedzenia. Przyszło mi zatem poczekać na 20 rocznicę istnienia zespołu i Sonic Highways, żeby z obozu nienawistników przejść do opozycji i zostać może nie psychofanem, ale uważnie śledzącym i nadrabiającym zaległości ogromnym zwolennikiem poczynań pana Grohla i spółki. Ale jak już mówiłem zmiany nie spowodował album, bo ten zaskoczył odrobinę później. To co przekonało mnie do FF, to serial o tym samym tytule.

Całość to osiem odcinków w reżyserii Dave’a, wyprodukowanych przez niemylące się ostatnio w materii serialowej HBO. Osiem epizodów, osiem piosenek, osiem miast. Każdy utwór nagrany w innym miejscu, w innym studiu, inspirowany innymi ludźmi, innymi czasami, innymi gatunkami. Pisanie o tym, gdzie kręcone są kolejne odcinki i kogo zaproszono aby opowiedział co nieco o tym, co się wtedy działo, to jak kopiowanie wikipedii. Jeśli kogoś choć odrobinę interesuje historia muzyki, to sięgnie po ten serial choćby z poczucia obowiązku. Najwyżej powiesz „ee tam, wszystko to już wiem”.

Oprócz walorów edukacyjnych opowiadanych historii, świetne jest wszystko to, co pojawia się obok głównego wątku. Przemiłe spotkanie z fanami i zaproszenie ich do studia. Odsłuch pierwszych utworów nagranych przez Grohla po śmierci Cobaina. I to jak w studiu każdy odgrywa klasyczne fragmenty, klasycznych utworów, klasycznych wykonawców, gęba mimochodem się uśmiecha. Może to przypadkowe, a może świetnie wyreżyserowane, ale czuć tam to, co czuć zawsze w amerykańskich produkcjach. Wszytko, co wydarzyło się w tych ośmiu odcinkach nosi znamiona amerykańskiego snu. Dischord, który od kserowanych okładek dochodzi do statusu najważniejszego wydawcy punkowej sceny. Widzimy dorastające gwiazdy, ich drogę do sławy, potknięcia i wzloty. Wszystko to sprawia, że mimo iż większość tych historii była mi znana, to oglądam każdy kolejny odcinek z uwagą. Mało tego, każdy obejrzałem kilka razy. A biorąc pod uwagę ilość czasu jakim dysponuję na rozrywkę, jest to wyczyn.

Jestem skłonny nawet powiedzieć, że to dzięki temu serialowi, zmusiłem się do ponownego sięgnięcia po katalog (na razie wybiórczo) Dischord, z pewną ciekawością spoglądam też na country (ale nie to którego nie da się słuchać). I mimo, iż tematyka serialu nie jest zaskakująca, a muzyka o której tam mowa niekoniecznie musi wywoływać efekt łał, to fajnie zrobić sobie powtórkę z historii muzyki, której nawet jeśli nie słuchamy dzisiaj, to miała cholerny wpływ na tą której dzisiaj się słucha.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close