depresant

badbadnotgood – iv (innovative leisure records, 2016)

Kilka lat temu w szybie Wilson, w ramach before Tauron Nowa Muzyka (chyba, bo głowy nie dam sobie uciąć), zobaczyłem występ trzech informatyków. Kto był lub widział występy np na youtube, ten potwierdzi moje słowa. Chłopaki wyglądali, jakby mieli do odegrania kilka kawałków napisanych uprzednio w systemie binarnym, a przełożenie tego na język muzyki, było jedynie miłym efektem ubocznym. No i miałem wizję, że po koncercie chleją pół nocy, rozgniatając sobie plastikowe kubki po alko na głowie.

Ale potem posłuchałem ich jeszcze raz. A potem jeszcze raz, i jeszcze jeden, i tak do momentu, aż album numer III poznałem na pamięć. Zaraziłem tym graniem znajomych, z którymi podróżuje do pracy, zaraziłem żonę. A jeśli nadarzy się okazja, zarażał będę dalej. I tak od tej pory nierzadko, gdy nie mamy już ochoty na nic z „repertuaru podręcznego”, pada stwierdzenie: „ej, włącz złełóżkoniedobre”.

A teraz pojawia się album numer IV. Przesłuchałem go trzy razy, no i przyznam, że nie jest to to czego się spodziewałem. Na płycie poza patentami, typu ejtisowe klawisze, w stylu fusion, wokale, które na pierwszy rzut ucha, średnio tu pasują i standardowymi wycieczkami w rejony hiphopu, słychać też stare badbadnotgood. Stare ale jednak dojrzalsze. Chłopaki na tym albumie, to już absolwenci. Jeszcze gówniarze, których chwalono bez opamiętania za talent, ale z drugiej strony poważni chłopcy mający w głowie bardziej poukładane i poczucie, że robią coś konkretnego i że wiele się od nich oczekuje. I na ten moment powinienem odłożyć płytę w kąt i zająć się czymś mądrym, jak choćby czytaniem zaległych komiksów czy książek. Ale nie mogę. Cały czas coś ciągnie mnie do przycisku play, słuchanie tego materiału za każdym kolejnym razem wnosi coś więcej. A jak już wspomniałem tak właśnie zaskoczyła u mnie płyta numer trzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close